"Rysopis: cztery łapy, długi ogon, wielkie uszy, mokry, czarny nosek, różowy język, białe wąsy i dwoje bystrych oczek... Wita Was colourpoint Vigo!"
Jest wrzesień 2013 roku. Już od dwóch tygodni przeglądamy wszystkie strony schronisk i oferty adopcji kociaków. Chcemy jakiemuś podarować dom, ale - jak na złość! - we wszystkich pobliskich schroniskach trwa kwarantanna (koci katar!).
Wieczorem, 10 września, przeglądamy - jak zwykle! - portal "Morusek.pl.". Nagle, na samej górze, pojawia się ogłoszenie. "Oddam w dobre ręce kocięta w typie kota syjamskiego". Na zdjęciu mała, puszysta kulka z wielkimi, niebieskimi oczami. Nie dało się nie zakochać.
Jeszcze tego samego dnia jechaliśmy do Katowic, wyposażeni w wielki, wiklinowy kosz [zwykle używany w celu przewożenia ton grzybów z lasu] i stary sweter. W nowoczesnym bloku, na trzecim piętrze, ktoś otworzył nam drzwi.
Można było dostać oczopląsu. Wszędzie, na każdym fotelu, kanapie, telewizorze - siedziały małe, białe kuleczki. Osiem kotów; sześć małych z rodzicami. Wszystkie miały być oddane za darmo. Niestety, jeden kociak nieszczęśliwie spadł z fotela i złamał sobie łapkę. Właściciel nie chciał go uśpić. Żeby pokryć koszty leczenia, małe były na sprzedaż.
Nie ważne, że trzeba zapłacić. Zdecydowaliśmy się już. Pozostało nam wybrać. Tylko jak?! Wszystkie kociaki były śliczne, małe, puchate...
Rodzice chcieli kociaka z trochę krótszym ogonem - ostatniego w miocie. Leżał na oparciu kanapy i przypatrywał się nam wnikliwie. Ja jednak koncentrowałam się na innym.
Trochę większa od innych, kosmata kula z prędkością światła podbiegła do mojego buta i z radością mamlała końcówki sznurówek. To był ten kot. To był Vigo.
Zabraliśmy kota do domu. W drodze siedział spokojnie w koszu, tylko trochę miaucząc. Kiedy wpuściliśmy go do mieszkania, od razu zaczął penetrować nową przestrzeń do zabaw. Mieliśmy dla niego tylko jedną zabawkę - małą, zieloną piłkę. Bawił się nią jeszcze tego samego wieczoru. Potem okazało się, że on sam potrafi organizować sobie czas. Wesoło hasał po pokoju, wyjmując spod szafek wszelakie śmieci - papierki po cukierkach, kapsle, zmięte karteczki...
Teraz Vigo ma już ponad rok (urodziny obchodził 15 sierpnia - to taka umowna data, bo nie wiemy, kiedy dokładnie się urodził). Niedawno wpadł mi do głowy pomysł, żeby uczyć go sztuczek. Prosić o jedzenie nauczył się sam i wygląda to bardzo efektownie. Zainspirowana pewnym blogiem, nauczyłam Vigo podawać łapę. Najlepsze jest to, że ten kot po prostu lubi się uczyć! (pewnie dlatego, że dostaje smakołyki :P). Znajomi i rodzina też byli zachwyceni - kot podaje łapę?... Teraz uczymy się nowych sztuczek, jednocześnie ucząc się zrozumieć siebie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz